Piękno brzydoty - Blog Opinie Perfumy - Blog o niezwykłych perfumach
1381656_604633012912917_1189990753_n

Piękno brzydoty

W „Książce twarzy” Marek Bieńczyk w ten sposób opisuje swój pierwszy kontakt z Angelem Thierry’ego Muglera: „W każdym domu towarowym, w każdej perfumerii piętrzył się na dwa metry błękitny flakon w kształcie gwiazdy i wszędzie upraszały się o przycisk testery z błękitem w środku. Dziwna była ta barwa (użyta dla perfum po raz pierwszy), jeszcze dziwniejszy sam zapach. […] Zamiast uwodzić jednoznacznie pięknymi nutami, przyciągał i jednocześnie odpychał powiewami, które były na granicy brzydoty. Na ułamki sekund wydobywał na zewnątrz to, co z definicji perfumy mają maskować.” Choć Angel nie jest gwiazdą dzisiejszego wpisu, wspomnienie Bieńczyka każe zastanowić się nad fenomenem perfum, które, wzorem człowieka potrafiącego dostrzec piękno w pieprzyku lub bliźnie na twarzy ukochanej osoby, z defektu czynią fetysz. Historia perfum bogata jest bowiem w dowody na to, że zapachy – wbrew swojej „definicji” – nie zawsze pełnią rolę kamuflażu, którego zadaniem jest ukrycie jakiejś wstydliwej prawdy, takiej jak choćby ta, że jesteśmy ciałem – ciepłym, pulsującym i… pachnącym.

1236017_604633086246243_2120341500_n

Wbrew temu, co sugerować mogłyby rozerotyzowane i wysportowane sylwetki modeli i modelek, które na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat skolonizowały naszą wyobraźnię, ukazywanie w perfumach tego, co cielesne, nie jest trendem współczesności. Co więcej, jestem skłonny stwierdzić, że to właśnie ciało w swym biologicznym wymiarze jest obecnie największym tabu. W czasach, kiedy słowo „owłosiony” nabiera wymiaru inwektywy, a muskulatura rzadko pełni funkcję inną niż estetyczna, przestrzeń tego, co wstydliwe, pęcznieje od nadmiaru oczekiwań, jakie stawia przed nami kultura. Ideałem człowieka na miarę czasów stał się cyborg – taki, który w głowie potrafi sobie policzyć kalorie, ilość powtórzeń do wykonania na siłowni oraz godziny, które należy poświęcić na sen, by następnego dnia dobrze funkcjonować. By lepiej zrozumieć groteskowość tej sytuacji, warto zwrócić uwagę na fakt, że obecnie wstydzić można się niemal wszystkiego, co wskazuje na funkcje życiowe: począwszy od tego, że się człowiek poci, przez to, że oddycha (no, chyba że „miętówkami”), na tym, że się odżywia skończywszy („Jadłeś? Śmierdzisz pizzą…”). W myśl tej zasady pachnieć można, ale tylko „ładnie”, najlepiej tak samo jak pozostałe modele z taśmy produkcyjnej, czyli „czysto”, „świeżo” i „zielone jabłuszko”.

Ciekawą ilustracją tego zjawiska i swoistym paradoksem są perfumy z etykietką „Sport”, które zdominowały półki Sephor i Douglasów, a pachną morską bryzą, cytrusami i mydłem, czyli wszystkim tym, co jest już nawet nie tyle „after sport”, co „after shower”. Na próżno spodziewać się tutaj nut cięższych i animalistycznych, które mogłyby oddawać zapach silnego i „dobrze spoconego” (jak zwykła mawiać moja koleżanka) ciała. Jakże wielkim zaskoczeniem dla współczesnego, pachnącego miłośnika fitnessu byłoby spotkanie z M7 (2002) czy Kourosem (1981) od Yves Saint Laurent, zapachami, które promowane były swego czasu przez umięśnionych atletów. O ile ten pierwszy można uznać jeszcze za dość wyrafinowany w swym ujęciu tematu ciała (skórzane niuanse wątku przewodniego, czyli oudu), to już w przypadku Kourosa nie ma mowy o jakimkolwiek polu do interpretacji – to zapach tak dosłownie zwierzęcy, że aż obsceniczny.

555892_604633129579572_1548377557_n

Choć współcześnie perfumy pokroju Kourosa i M7 praktycznie nie mają racji bytu poza rynkiem niszowym (zdobycie obu zapachów w ich pierwotnych wersjach graniczy z cudem), dawniej to właśnie w wysublimowanej brzydocie szukano piękna. W pamięci miłośników perfum wciąż żywe jest powiedzenie z pierwszej połowy ubiegłego wieku, wedle którego prawdziwa dama nie powinna dopuszczać się trzech rzeczy: palenia papierosów, tańczenia tanga i noszenia Shalimara. Mimo że współczesna wersja tego klasyka ma ponoć spiłowane pazury w stosunku do swojego pierwowzoru (datowanego na rok 1925), nawet teraz można dostrzec w nim gorącą krew, która pulsuje gdzieś pod powierzchnią upojnej, ambrowo-waniliowej słodyczy. Ów mroczny potencjał dostrzegł parę lat temu Mourice Roucel, który w mistrzowski sposób zreinterpretował Shalimara, tworzą jego negatyw, „złą siostrę”, która wszystko robi na wspak – obnosi się z tym, co fizyczne (ciężkie akordy piżmowe i goździki, które imitują zapach krwi), by odwrócić uwagę od słodkiego, waniliowo-cynamonowego serca. Mowa oczywiście o Musc Ravageur, zapachu, który zasłużenie umiłowali sobie entuzjaści perfumeryjnej niszy.

578683_604633176246234_364220658_n

Choć Bieńczyka w Angelu zafascynowały nie nuty fizjologiczne, a – jak mniemam – zimna i wilgotna paczula, jego długoletni związek z perfumami Muglera dowodzi, że łatwo jest czasem zakochać się w tym, co brzydkie. Jak pisze, „[Angel] po jednej próbie okazał się tylko interesujący, lecz po kolejnych dokładkach na drugą dłoń D., na przegub, ucho, a potem na mój kołnierz, na moją dłoń i koszulę byliśmy już nie zdziwieni, lecz zaskoczeni, urzeczeni, wreszcie oszalali.” W istocie, jest pewna pokusa w tych zapachowych dysonansach i zgrzytach. Do dziś mile wspominam rozmowę z koleżanką na temat Dzinga! l’Artisan Parfumeur. Znajoma, rozmiłowana w woniach ciężkich i orientalnych, podkreślała, że przez cały czas, kiedy zapach mościł się na jej skórze, była świadoma faktu, że ma go na sobie. „To coś jakby stan napięcia mięśniowego, dziwny rodzaj niepokoju” – wspominała. Doskonale rozumiałem, co miała na myśli, bo ja również czułem w tym osobliwym zapachu skórzanym jakiś tajemniczy, fizjologiczny rdzeń, który na przemian jeżył mi włosy na skórze i uporczywie kazał siebie szukać. I – muszę przyznać – szukam go do teraz, od dwóch „setek” i czterdziestu mililitrów… i nic! Pogodziłem się jednak z nim, ba, zacząłem go doceniać. Czasem myślę o nim jak o kamyku w bucie, który z jednej strony nie daje mi zapomnieć o sobie, a z drugiej o bucie. To owa tajemnica trzyma mnie przy Dzingu! od kilku dobrych lat i sprawia, że to jedne z nielicznych perfum, które nigdy nie przestały mnie intrygować.

 

 

Na koniec mój prywaty ranking pięknych brzydali:

 

Cerruti Pour Homme (stara wersja),

Maison Francis Kurkdjian Cologne Pour le Soir,

l’Artisan Parfumeur Dzing!,

Serge Lutens Tubereuse Criminelle,

Guerlain Mitsouko,

Cartier Declaration,

Alexander McQueen Kingdom,

Frederic Malle Musc Ravageur,

Histoires de Parfums 1740

Histoires de Parfums Tubereuse 3: Animale.

 

 

 

9 Comments
  • MartaW
    Posted at 00:06h, 01 października Odpowiedz

    Dlaczego tu jest Cartier Declaration, taki piękny zapach!

    • Grzegorz Jarausz
      Posted at 16:04h, 01 października Odpowiedz

      Daleki jestem od stwierdzenia, że Declaration nie jest piękny :) To jeden z moich ulubieńców, w znacznej mierze przez akord kminkowy, który imituje zapach rozgrzanego ciała. Z racji, że ten został przez współczesną kulturę wyparty, Declaration znalazło swoje miejsce właśnie w rankingu pięknych brzydali.

  • Patrycja
    Posted at 17:42h, 06 października Odpowiedz

    Coś jest w tym stwierdzeniu, że Angel nie jest typowym pięknym zapachem , a jednak magnetyzmu odmówić mu nie można. Dziwne jest to zjawisko, niepokorne i pociągające zarazem.

    • Grzegorz Jarausz
      Posted at 21:07h, 14 listopada Odpowiedz

      Cóż, nie zawsze kocha się to, co kochać jest łatwo ;)

  • ZuzaZ
    Posted at 01:38h, 11 października Odpowiedz

    Moim zdaniem wiele robi kiczowatość flakonu Angela, może dlatego tak go odbierasz.

    • Grzegorz Jarausz
      Posted at 21:05h, 14 listopada Odpowiedz

      Muglerowa gwiazda nie jest mistrzostwem designu, to racja. Tutaj oceniam jednak nie flakony, a perfumy.

  • pirath
    Posted at 22:26h, 18 października Odpowiedz

    Witam
    muszę, przyznać że też zaintrygowała mnie obecność Cartierowej Deklaracji w niniejszym zestawieniu (to jeden z moich ulubieńców), ale poniekąd nie dziwi mnie że jego dorodny, ostry, tak niepasujący do współczesnych standardów sygnowania perfum, bukiet – nie odnajduje szerokiego grona zwolenników… :) niby to mainstream, ale w świetle obecnych realiów rynkowych bliżej mu do niszy niż nowożytnych odświeżaczy powietrza… :)

    Uwielbiam też Musc Revageur i Shalimara, choć po powąchaniu tego ostatniego w ponad 20 letniej odsłonie – doszedłem do wniosku że współczesna wersja pachnie w stosunku do pierwowzoru jak oranżada do Porto… ;) oczywiście to kwestia gustu, osobiście preferuję dosadne, wyraziste i pełne brzmienia – ale jestem świadomy, że jestem w mniejszości, a branża perfumeryjna to przede wszystkim biznes nastawiony na generowanie zysków od masowej sprzedaży… :)

    p.s. świetnie mi się Ciebie czytało, gratuluję pióra i rzetelnie napisanego felietonu…
    pozdrawiam pirath

    • Grzegorz Jarausz
      Posted at 20:48h, 14 listopada Odpowiedz

      Miło Cię tu gościć :) Zgadzam się w kwestii Declaration; chwała Cartierowi, że przez te lata nie uległ pokusie „ugłaskania” swojego największego dzieła, tak jak miało to chociażby miejsce w przypadku Diora i – niegdyś doskonałego – Homme. Co nie zdarza się w świecie perfum często, nawet wariacje na temat Declaration stoją na b. wysokim poziomie (Cologne, Essence, d’Un Soir). Jeśli nie miałeś jeszcze okazji tego zrobić, to polecam powąchać Bigarade Concentree od Frederica Malle – ten sam nos, ten sam motyw, tyle tylko, że jakość składników na jeszcze wyższym poziomie (co, muszę przyznać, da się wyczuć). Piękne perfumy.
      Jeszcze raz dziękuję za odwiedziny i miłe słowo. Do przeczytania! :)

  • itfari.com
    Posted at 14:36h, 20 grudnia Odpowiedz

    Reklama jest dobra. Chciałbym kupić dla bliskiej osoby)

Post A Comment

KOCHASZ PERFUMY? DOŁĄCZ!
Dowiedz się pierwszy o ekskluzywnych promocjach na perfumy dla czytelników bloga
Zero spamu. 2 wartościowe e-maile w miesiącu.
Ranking męskich perfum
Najlepsze męskie perfumy RANKING TOP 5

Close